"Smoleńsk" Krauzego

Byłem dziś na "Smoleńsku" Antoniego Krauzego. Seans rozpoczynał się o godzinie 11 przed południem. Prawdopodobnie dlatego było bardzo mało ludzi. W kasie jednak kupowano bilety tylko na to. Na około 10 obecnych osób pięć to licealiści, jeden chłopak na oko gimnazjalista, trzech panów w okolicach pięćdziesiątki i ja trzydziestolatek. Czyli średnia wiekowa w granicach 30. Starych babć moherowych nie było. Przymuszonych uczniów też nie.


Zacząć należy od tego, że film nie uniknął niedoróbek, były one jednak związane z samym montażem i nie wpłynęły zbytnio na odbiór i na moja ocenę. Np.mamy dziwną scenę animacja wybuchu na konferencji w USA, która to animacja nie wiadomo czy jest prezentacją prelegenta czy też sceną sugestywną dla widza. Nie rozumiem również po co dodano scenę miłosną, pomiędzy Dziennikarką i jej partnerem, bo niczego do fabuły nie wnosiła - albo ja czegoś nie zrozumiałem.


Poza tym film generalnie dobry.Gra aktorska jest nienaganna, scenariusz również. Jest on tak skonstruowany aby zapoznać z tematem również człowieka niewiedzącego nic poza tym, że 10 kwietnia 2010 zginął polski prezydent.
Pierwsza scena to moment lądowania Jaka na Siewiernym. W zasadzie idealne odwzorowanie tego o czym mówił Wolsztyl - mgła, Antonow, rozmowy  z ruskimi, dwa odgłosy eksplozji. Następnie poznajemy dziennikarkę z mainstreamowej telewizji. Z charakteru i sposobu zachowania to kwintesencja tefałenowskiej dziennikurewki. Temat daje jej koleś grany przez Redbada Klijnstrę - taki jakby Durczok skrzyżowany z Lisem i jeszcze jakimś Sobieniowskim. Szef od początku mówi jej, że do ustalenia pozostaje, kto kazał pilotom lądować a reszta jest już znana. W dalszej części filmu pada nawet kolendowskie: "prawda jest już znana i żadne fakty tego nie zmienią". Ona z aprobatą przyjmuje "wyzwanie" . W redakcji pracuje jeszcze jakiś korespondent amerykański,  został przysłany z centrali. Amerykanin od początku ma zastrzeżenia do pracy Szefa i sposobu pokazania tematu, później wraca do Chicago.


Pierwsza cześć filmu to mocno przeplatany fragment fabuły i ujęć rzeczywistych, dokumentalnych. Mamy pokazane narastanie i tworzenie kłamstwa smoleńskiego. Scenariusz skonstruowany jest tak, że w drugiej części dziennikarka pomimo swojej woli odnajduje dowody na kłamstwa medialne oraz te z komisji MAK/Millera, ale też wcześniejsze np. o rzekomej awanturze w samolocie lecącym do Gruzji. Postać, zgaduję, że Łopińskiego wyjaśnia Dziennikarce, że przyczyną  zamachu było właśnie to, że Lech Kaczyński zatrzymał Putina w Gruzji. Jest retrospektywna rozmowa Kaczyńskiego z ambasadorem Gruzji, później z Skaaszwilim i wreszcie wiec w Tbilisi. Łopiński mówi, że doskonale wiedzieli po tym, że Putin nie daruje tego Kaczyńskiemu.


Bardzo dużo miejsca zostaje poświęcone wdowie po gen. Błasiku i jej walce z kłamstwami Moskali, komisji i mediów. Twarzą tych kłamstw jest oczywiście Dziennikarka, pomimo tego Pani Błasik wielokrotnie się z nią spotyka w nadzieją, że może tym razem napisze ona prawdę. Widzimy jak cyniczni i bezwzględni byli dziennikarze wobec rodzin ofiar zamachu w Smoleńsku.


Generałowa jednak te walkę wygrywa, stopniowo prawda przedostaje się do głowy Dziennikarki, która sama staje się ofiarą smoleńskiego kłamstwa.


Na końcu Dziennikarce zostaje pokazana lista seryjnego samobójcy - dwie ostatnie pozycje to osoby z którymi kontaktowała się tuż przed ich śmiercią - Gromosław Czempiński i Remigiusz Muś . Zostaje poproszona o "uważanie na siebie". Śmiertelnych ofiar Smoleńska jest coraz więcej.


Co się zaś tyczy samego momentu "katastrofy" to zostaje on pokazany tak jednoznacznie jak tylko to możliwe. Kaczyński (świetna rola Lecha Łotockiego, czasem ma się wrażenie że to sam Kaczyński) prowadzi rozmowę o zdrowiu matki, nagle sygnał urywa się. Pilot daje komendę do odejścia na drugi krąg, ale stery są zablokowane. Eksplozja na skrzydle, później wewnątrz maszyny, ogień pochłania ludzi.


W filmie mocno dostało się Dukaczewskiemu i choć nie było praktycznie żadnych nazwisk, to postać grana przez Zelnika jednoznacznie można odczytać jako b. szefa WSI. To on ustala z "Szefem" jak należy pokazywać temat smoleński. Nie widzimy tego jednak wprost ponieważ ich rozmowę przerwa wtargnięcie Dziennikarki do gabinetu "Szefa". On "sprzedaje" dziennikarce temat kłótni Protasuka z Błasikiem, wpychając ją tym samym na minę, bo temat od początku był ustawiony. Ma to miejsce wówczas kiedy zaczyna ona zbierać materiały dokumentujące i obnażające smoleńskie kłamstwa..  Dukaczewski to jakby anioł śmierci i mózg operacji w jednym. Mamy go przed domem Czempińskiego, mamy go również w... lasku smoleńskim - prawdopodobnie nagranego przez Wiśniewskiego. To Dukaczewski/Zelnik każe funkcjonariuszom FSB odebrać Wiśniewskiemu kamerę.
Mamy też bardzo dobrą scenę z momentu przygotowywania się Lecha Kaczyńskiego do wystąpienia w Katyniu. Kaczyński wypowiada te słowa często spoglądając w kamerę. Sugestia jest jednoznaczna:

To było 70 lat temu. Zabijano ich – wcześniej skrępowanych – strzałem w tył głowy. Tak by krwi było mało. Później – ciągle z orłami na guzikach mundurów – kładziono w głębokich dołach. (...)Łączy je obywatelstwo ofiar i ta sama decyzja tych samych sprawców.  Zbrodni dokonano z woli Stalina, na rozkaz najwyższych władz Związku Sowieckiego(...)  Tych ludzi zgładzono bez procesów i wyroków. Zostali zamordowani z pogwałceniem praw i konwencji cywilizowanego świata. (...)


Zakończenie filmu wyciska łzy z oczu. Trzeba chwilę odczekać aby się nie popłakać przy zapalonym już świetle korytarza...


Ogólnie, film godny polecenia.


smolensk-katyn

PS

Jeśli ktoś ma uwagi w stylu takim, że film pokazuje nieprawdę, to odsyłam go do wypowiedzi salonowych komentatorów o tym jak to głupcy, krytowali film "Nazi Matki, Nazi Ojcowie" choć był on filmem fabularnym. Smoleńsk drodzy państwo też jest filmem fabularnym, chociaż moim zdaniem zawiera on znacznie mniej nieprawdy niż raport Millera.

Komentarze